Info:

avatar Ten blog rowerowy prowadzi zwirek z miasteczka Lublin/Głowaczów. Mam przejechane 25037.33 kilometrów w tym 2128.01 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 25.82 km/h.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl

Poprzednie lata:

2010:
button stats bikestats.pl
2011:
button stats bikestats.pl

Wykres roczny:

Wykres roczny blog rowerowy zwirek.bikestats.pl

Jakiśtam licznik:

Dane wyjazdu:

38.12 km 33.00 km teren
01:45 h 21.78 km/h:
Maks. pr.:53.00 km/h
Temperatura:29.0
HR max:187 ( 94%)
HR avg:172 ( 86%)
Podjazdy:564 m
Kalorie: 1584 kcal

05.07.2012 Maraton Szczebrzeszyn

Niedziela, 5 sierpnia 2012 · dodano: 05.08.2012 | Komentarze 2

Wczoraj o 22 odebrałem wiadomość od Przemo, że może zabrać mnie na Ogóra do Szczebrzeszyna, dobra chwila zastanowienia, bo po 150km to wiedziałem, że w nodze będzie ładna bomba, no ale jako, że start za friko, to tylko dojazd pociągnie po kieszeni i w sumie można zaryzykować, a w razie padaki przejechać 4fun. No to pobudka dzisiaj o 6.15, ogarniawka, ugotowana turboowsianka i 0 8.30 wyjeżdżamy. W drodze w aucie dobra atmosfera, pełen relaks i widać, że nie ma napiny na wynik, nawet u mnie :-P, a na miejsce dojeżdżamy ze sporym zapasem. Szybkie dopchanie się jakimś rogalikiem i rejestracja i stajemy na starcie. Nieudany wystrzał pistoletu, ale ruszamy. Pilnuję czołówki z Kermitem, Czaplą, Gelem, a zaraz obok mnie mam Dawida. Na początek wyczesana góra, na którejś jakiś nieznajomy zaczyna narzucać tempo, trzymamy koło i po chwili delikwent zwalnia, ale nie ma komu gonić i ciągle trzymamy się całą wielką grupą. Potem zjazd szybkim wąwozem i już zostajemy w trzech z Grzśkiem i Tomkiem, ale na kole czuć oddech Gela. Potem przestrzelony minimalnie zakręt i Tomek odjeżdża na kilkadziesiąt metrów, a grupka zwiększa się o zawodników BSK i Gela. Tak kontynuujemy próbując najść Tomka, który jest jednak bezkonkurencyjny na zjazdach i po jakimś czasie odjeżdża nam na tyle, że, przynajmniej ja, tracę go z pola widzenia. Po szybkim zjeździe po polu, przestrzelam znaczek ze skrętem w lewo i cała grupa jedzie za mną, robimy krótki podjazd i zjazd i orientujemy się, że jest jakaś lipa, wracamy tracąc dobre kilka minut, przed nami pojawiają się inni zawodnicy, których kolejno wyprzedzamy. Po całkiem sztywnym i trzymającym podjeździe zostaję sam z kolegą z Miodu jedziemy mocno do przodu dając sobie zmiany i wzajemnie się wspierając, w końcu dochodzimy do kolejnego zawodnika z BSK i zaczyna się dłuugi zjazd polną drogą z taką ilością kurzu, że czasem czułem się jakbym jechał w szklance mleka, bez wyolbrzymiania. Tutaj zaczynam tracić i niestety brakuje mi "jaj" na zjeżdżanie w tempie 40+ totalnie nie widząc po czym jadę, tym bardziej, że na poprzednim zjeździe ledwo wybrałem dół na pół koła i nie wiedziałem jakie podobne niespodzianki mogą mnie jeszcze czekać. Na końcu zjazdu dochodzę znowu do zawodnika z BSK, ale nie tego z którym wcześniej jechałem, mijam go i przestrzelam kolejny zakręt, ale szybko się orientuję, wracam i odrabiam straty pod górę, kolejny raz mijając tego samego kolegę. Jadę do przodu, mija mnie koleś na stalowym Giancie, bez amora, ba nawet nie wiem czy miał SPDy, a pod te górę popruł jak zwariowany, nie było opcji na siądnięcie w koło, szacuneczek (nie jestem tylko pewien czy nie jechał czasem krótszego dystansu). Na horyzoncie pojawia mi się następna osoba i decyduję się gonić za wszelką cenę. Wyprzedzam na pełnym gazie i kolega nie łapie się na moje plecy, niestety zostaję zmylony przez kolejną jadącą przede mną osobę, która skręca w lewo, jadę tak samo i orientuję się, że znowu się pomyliłem. Wracam, koleś któego minąłem jest już nie do dogonienia, a dodatkowo przed nosem na niezłym gazie przelatuje mi Kermit z gościem z Miodu. Gonię w trupa, bo wiem, że już blisko do mety. Mijam chłopaków na pełnej prędkości i zaczynam zjazd do mety. Skręcam nie w tą krzyżówkę co trzeba, wracam, zjeżdżam dalej, na szczęście Grzesiek i Miód nie zdążyli mnie kolejny raz wyprzedzić. Na metę wjeżdżam 5ty, padaka, ale cieszy mnie fakt, że Przemek był trzeci. Do tego zostaję powitany przez Brania perłą prosto z lodówki, która już w ogóle poprawia mój nastrój znikając w dosłownie kilka minut :-D Potem rozdanie nagród (za pierwsze miejsce wycieczka do Lwowa :o :o :O) pogadane, biesiada przy wyczesanym bigosie i z powrotem do domu.

Wnioski - nie zawsze warto się spieszyć. :-P

Trasa - kurcze ostatnie ogórki strasznie mnie pozytywnie zaskakują - było trochę sztywniejszych hopek, wszędobylski kurz dawał się mocno we znaki, do tego bardzo długie zjazdy w wąwozach i prawie zero asfaltów - miodzio, pełna satysfakcja, szczególnie, że za darmo.

Aaa i pomimo czarnego kota, który przebiegł nam drogę jak jechaliśmy na wyścig udało się wreszcie przełamać złą passę i nie złapać kapciocha, bomba! :-D

Edzia:
Jeszcze zapomniałem dodać informacji o jakże zaciętym finiszu z Grzegorzem, który udało mi się wygrać o "pół roweru", i to pewnie tylko dlatego, żę (tutaj można sobie dopisać jeszcze trochę fikcji).. Szkoda tylko, że dopadła mnie amnezja i dowiedziałem się o całym zajściu dopiero z bloga Grzesia :-D
Kategoria <50, Maraton, Zawody



Komentarze
Ifson
| 09:34 poniedziałek, 6 sierpnia 2012 | linkuj Ja czarnego kota wziąłem na klatę (przerzutka)!
czarniatko
| 20:16 niedziela, 5 sierpnia 2012 | linkuj Chyba Wy mieliście w aucie pełny relaks... Ja toczyłam wewnętrzną, psychiczną walkę ze swoim śniadaniem a może nawet i z kolacją... :D
Komentuj

Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa tobse
Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]