Info:
Więcej o mnie.
Moje rowery:
Wykres roczny:
Historia:
- 2012, Sierpień17 - 3
- 2012, Lipiec19 - 0
- 2012, Czerwiec16 - 2
- 2012, Maj19 - 10
- 2012, Kwiecień16 - 1
- 2012, Marzec11 - 2
- 2012, Luty3 - 0
- 2012, Styczeń6 - 0
- 2011, Listopad10 - 3
- 2011, Październik8 - 0
- 2011, Wrzesień14 - 4
- 2011, Sierpień18 - 8
- 2011, Lipiec15 - 4
- 2011, Czerwiec22 - 8
- 2011, Maj24 - 13
- 2011, Kwiecień22 - 20
- 2011, Marzec22 - 15
- 2011, Luty3 - 5
- 2011, Styczeń8 - 7
- 2010, Grudzień5 - 0
- 2010, Listopad10 - 7
- 2010, Październik13 - 2
- 2010, Wrzesień16 - 7
- 2010, Sierpień13 - 1
- 2010, Lipiec39 - 2
- 2010, Czerwiec21 - 6
- 2010, Maj23 - 4
- 2010, Kwiecień21 - 2
- 2010, Marzec20 - 1
- 2010, Luty2 - 0
- 2010, Styczeń1 - 0
Jakiśtam licznik:
Wpisy archiwalne w kategorii
Maraton
| Dystans całkowity: | 540.33 km (w terenie 361.00 km; 66.81%) |
| Czas w ruchu: | 27:10 |
| Średnia prędkość: | 19.89 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 61.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 4604 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 195 (98 %) |
| Maks. tętno średnie: | 182 (91 %) |
| Suma kalorii: | 25853 kcal |
| Liczba aktywności: | 9 |
| Średnio na aktywność: | 60.04 km i 3h 01m |
| Więcej statystyk | |
Dane wyjazdu:
29.53 km
24.00 km teren
01:09 h
25.68 km/h:
Maks. pr.:40.00 km/h
Temperatura:
HR max:189 ( 95%)
HR avg:182 ( 91%)
Podjazdy: m
Kalorie: 50 kcal
Rower:Maxim Helios
25.08.2012 III Maraton Rowerowy Stykiem Granic
Sobota, 25 sierpnia 2012 · dodano: 02.09.2012 | Komentarze 0
Kontynuując ogórkową passę razem z Darkiem wybraliśmy się na kolejną edycję Maratonów organizowanych przez IPA. W pierwszej wersji trasa miała mieć długość jedynie 29km, ale dzień czy dwa przed poszedł cynk, że będzie około 45km i początkowe wątpliwości czy w ogóle wybierać się taki kawał od domu zostały rozwiane. Droga na wyścig w komfortowych warunkach, ale z lekką lipą, bo w aucie padło turbo i "wlekliśmy się" aby 110kmph, a ja stresowałem się czy jeszcze coś się nie rozwali i nie utkniemy na jakiejś dziurze :-P Dojechaliśmy dość późno i trzeba było szybko się ogarniać przed startem, który jednak jak zwykle się przeciągnął. Na starcie, oprócz mnie i Darka, zawodnicy chełmskich Chrupków razem z Wojtkiem (który ostatnio ciągle stawał wyżej ode mnie na pudle) oraz Bartosz poznany na szosie w Jabłoniu i jego kumpel. No to mimo wszystko zapowiadało się dość intensywnie.. Pierwsze kilometry po jakimś bruku, pojechaliśmy raczej leniwie i bez szarpania. Potem zaczął się lekki szuterek z dziurami i tam zostaliśmy już chyba w 5 albo 6ciu, bardzo zdziwiła mnie mocna postawa Wojtka (chyba go trochę nie doceniałem), który długo trzymał się w grupie i dopiero po kilkunastu km, po wjeździe w nieco cięższe wertepy z trawami, odpadł z grupy. Trzymaliśmy się więc we trzech za coraz szybciej jadącym Darkiem. W którymś momencie wjechaliśmy w jakiś kopny piach, po którym Darek przejechał w mgnieniu oka, a ja oczywiście utknąłem na dłużej. Zostałem już tylko z Bartoszem i Darkiem widocznym gdzieś na horyzoncie. Chwilę później, pomimo dobrze oznaczonej trasy nie zwracam uwagi gdzie pojechał Darek i na strzałce prosto wjeżdżam w bramę jakiegoś gospodarstwa, nie zauważając singla wiodącego tuż obok płotu. A na podwórku czeka już na mnie gospodarz z gigantycznym wkurwionym psem, próbuję przebić się przez placyk na przestrzał, ale brama zamknięta i się nie da. Pies ujada, lata mi koło nogi, a ja drę mordę na gospodarza, że "Co to ma być, wyścig puścili Ci przez podwórko, a Ty psa spuszczasz, bramę zamykasz??" Na szczęście Pan miał nerwy ze stali i grzecznie wytłumaczył mi, że powinienem jechać dookoła gospodarstwa. Z tego miejsca nisko się kłaniam i przepraszam za moje buractwo, że nie dość, że na dywany w butach to jeszcze z gębą :-P Niestety po powrocie na właściwą drogę tuż za sobą widzę znów Wojtka, wyprzedza nas też kolega Bartosza, którego jednak szybko przechodzimy. Darka na horyzoncie nie ma i następne kilometry jadę razem z Bartoszem, heh rekonesans z Jabłonia ;) Na jakimś 30 km Bartosz daje gazu i odjeżdża, nie mam ani siły ani chęci za nim gonić, szczególnie, że wiem, że nie jest w mojej kategorii a i na wyścig kolejnego dnia należało by się oszczędzać. Ostatecznie dojeżdżam do mety trzeci open, drugi w kategorii, tracąc około 2 minut do Darka.
Dane wyjazdu:
38.12 km
33.00 km teren
01:45 h
21.78 km/h:
Maks. pr.:53.00 km/h
Temperatura:29.0
HR max:187 ( 94%)
HR avg:172 ( 86%)
Podjazdy:564 m
Kalorie: 1584 kcal
Rower:Maxim Helios
05.07.2012 Maraton Szczebrzeszyn
Niedziela, 5 sierpnia 2012 · dodano: 05.08.2012 | Komentarze 2
Wczoraj o 22 odebrałem wiadomość od Przemo, że może zabrać mnie na Ogóra do Szczebrzeszyna, dobra chwila zastanowienia, bo po 150km to wiedziałem, że w nodze będzie ładna bomba, no ale jako, że start za friko, to tylko dojazd pociągnie po kieszeni i w sumie można zaryzykować, a w razie padaki przejechać 4fun. No to pobudka dzisiaj o 6.15, ogarniawka, ugotowana turboowsianka i 0 8.30 wyjeżdżamy. W drodze w aucie dobra atmosfera, pełen relaks i widać, że nie ma napiny na wynik, nawet u mnie :-P, a na miejsce dojeżdżamy ze sporym zapasem. Szybkie dopchanie się jakimś rogalikiem i rejestracja i stajemy na starcie. Nieudany wystrzał pistoletu, ale ruszamy. Pilnuję czołówki z Kermitem, Czaplą, Gelem, a zaraz obok mnie mam Dawida. Na początek wyczesana góra, na którejś jakiś nieznajomy zaczyna narzucać tempo, trzymamy koło i po chwili delikwent zwalnia, ale nie ma komu gonić i ciągle trzymamy się całą wielką grupą. Potem zjazd szybkim wąwozem i już zostajemy w trzech z Grzśkiem i Tomkiem, ale na kole czuć oddech Gela. Potem przestrzelony minimalnie zakręt i Tomek odjeżdża na kilkadziesiąt metrów, a grupka zwiększa się o zawodników BSK i Gela. Tak kontynuujemy próbując najść Tomka, który jest jednak bezkonkurencyjny na zjazdach i po jakimś czasie odjeżdża nam na tyle, że, przynajmniej ja, tracę go z pola widzenia. Po szybkim zjeździe po polu, przestrzelam znaczek ze skrętem w lewo i cała grupa jedzie za mną, robimy krótki podjazd i zjazd i orientujemy się, że jest jakaś lipa, wracamy tracąc dobre kilka minut, przed nami pojawiają się inni zawodnicy, których kolejno wyprzedzamy. Po całkiem sztywnym i trzymającym podjeździe zostaję sam z kolegą z Miodu jedziemy mocno do przodu dając sobie zmiany i wzajemnie się wspierając, w końcu dochodzimy do kolejnego zawodnika z BSK i zaczyna się dłuugi zjazd polną drogą z taką ilością kurzu, że czasem czułem się jakbym jechał w szklance mleka, bez wyolbrzymiania. Tutaj zaczynam tracić i niestety brakuje mi "jaj" na zjeżdżanie w tempie 40+ totalnie nie widząc po czym jadę, tym bardziej, że na poprzednim zjeździe ledwo wybrałem dół na pół koła i nie wiedziałem jakie podobne niespodzianki mogą mnie jeszcze czekać. Na końcu zjazdu dochodzę znowu do zawodnika z BSK, ale nie tego z którym wcześniej jechałem, mijam go i przestrzelam kolejny zakręt, ale szybko się orientuję, wracam i odrabiam straty pod górę, kolejny raz mijając tego samego kolegę. Jadę do przodu, mija mnie koleś na stalowym Giancie, bez amora, ba nawet nie wiem czy miał SPDy, a pod te górę popruł jak zwariowany, nie było opcji na siądnięcie w koło, szacuneczek (nie jestem tylko pewien czy nie jechał czasem krótszego dystansu). Na horyzoncie pojawia mi się następna osoba i decyduję się gonić za wszelką cenę. Wyprzedzam na pełnym gazie i kolega nie łapie się na moje plecy, niestety zostaję zmylony przez kolejną jadącą przede mną osobę, która skręca w lewo, jadę tak samo i orientuję się, że znowu się pomyliłem. Wracam, koleś któego minąłem jest już nie do dogonienia, a dodatkowo przed nosem na niezłym gazie przelatuje mi Kermit z gościem z Miodu. Gonię w trupa, bo wiem, że już blisko do mety. Mijam chłopaków na pełnej prędkości i zaczynam zjazd do mety. Skręcam nie w tą krzyżówkę co trzeba, wracam, zjeżdżam dalej, na szczęście Grzesiek i Miód nie zdążyli mnie kolejny raz wyprzedzić. Na metę wjeżdżam 5ty, padaka, ale cieszy mnie fakt, że Przemek był trzeci. Do tego zostaję powitany przez Brania perłą prosto z lodówki, która już w ogóle poprawia mój nastrój znikając w dosłownie kilka minut :-D Potem rozdanie nagród (za pierwsze miejsce wycieczka do Lwowa :o :o :O) pogadane, biesiada przy wyczesanym bigosie i z powrotem do domu.Wnioski - nie zawsze warto się spieszyć. :-P
Trasa - kurcze ostatnie ogórki strasznie mnie pozytywnie zaskakują - było trochę sztywniejszych hopek, wszędobylski kurz dawał się mocno we znaki, do tego bardzo długie zjazdy w wąwozach i prawie zero asfaltów - miodzio, pełna satysfakcja, szczególnie, że za darmo.
Aaa i pomimo czarnego kota, który przebiegł nam drogę jak jechaliśmy na wyścig udało się wreszcie przełamać złą passę i nie złapać kapciocha, bomba! :-D
Edzia:
Jeszcze zapomniałem dodać informacji o jakże zaciętym finiszu z Grzegorzem, który udało mi się wygrać o "pół roweru", i to pewnie tylko dlatego, żę (tutaj można sobie dopisać jeszcze trochę fikcji).. Szkoda tylko, że dopadła mnie amnezja i dowiedziałem się o całym zajściu dopiero z bloga Grzesia :-D
Dane wyjazdu:
49.58 km
35.00 km teren
02:20 h
21.25 km/h:
Maks. pr.:54.00 km/h
Temperatura:
HR max:195 ( 98%)
HR avg:177 ( 89%)
Podjazdy:500 m
Kalorie: 2299 kcal
Rower:Maxim Helios
28.07.2012 II Maraton Rowerowy Stykiem Granic
Sobota, 28 lipca 2012 · dodano: 30.07.2012 | Komentarze 0
W sumie w ostatniej chwili zdecydowałem się na start i udało mi się trochę na przypał wpakować do mocno zapełnionego już auta Mikołaja :-P Na miejscu sympatyczna atmosfera, dużo znajomych twarzy, poza ekipą od nas przyjechali jeszcze Mejdeje, BSK no i Chrupki. Najpierw start honorowy po którym miał być niby start ostry z zatrzymania, ale dwóch typów z BSK tak wyrwało, że nie stanęli na kresce i org powiedział, żeby jechać. Wjechaliśmy do lasu na single-tracka wzdłuż piaszczystej drogi. Uformował się ładny wężyk i wylądowałem za Węgorem w miarę w czubie. Po jakimś kilometrze przeskok na drugą stronę drogi i Węgor staje mi przed kołem w piachu po jajka więc złażę i przebiegam. Za chwilę wyprzedzam Bartka i gonię grupkę, która zdążyła już zrobić trochę dystansu. Dochodzę, ale znowu wpadamy na drogę z kopnym piachem, zaczyna się tasowanie - kogoś tam wyprzedzam, ale i z tyłu nachodzą mnie ludzie, w pewnym momencie słyszę za sobą Kermita pytającego spokojnym głosem czy uważam, że jest ciężko.. No comment, hehe :-P Po jakimś czasie i kolejnych przetasowaniach w coraz to bardziej przesranym piachu wyprzedzam Gutka seniora, a Kermit gdzieś tam ginie. niestety pierwsza grupa jest już poza moim zasięgiem. Do tego mocno kaleczę ręce o jakiś kolczasty busz, przez który się przedzieram, żeby tylko nie cisnąć znowu przez pustynię. Dojeżdżam do miejsca, gdzie strzałka pokazuje kierunek w lewo, ale nie ma jak tam skręcić, wszędzie tylko krzaki, w końcu znajduję jakiegoś singla i z gościem z BSK skręcamy. Przejechaliśmy z 300m po czym stwierdziliśmy, że chyba lipa i się pogubiliśmy, wracamy na trasę, a tam pojawia się już Grzesiek. kontynnuujemy w trójkę. W końcu na sekcji przebiegającej po jakimś polu znowu odjeżdżam od chłopaków i jadę solo, ale nie za daleko. Nie minęło kilka minut, a czuję, że lecę już na połowie powietrza a tyłu i sytuacja wcale się nie utrzymuje. Zaczynam się totalnie wlec już na praktycznie pustej dętce, licząc że najdą mnie chłopaki z pompką na prestę i uda mi się podpompować i jechać dalej na wolno puszczającej dziurze. W końcu pojawia się Kermit i BSK, Grzesiek rzuca pompkę, ale niestety dziura jest na tyle duża, że pompowanie nie zdaje się na wiele. Przejeżdżam może ze 300 metrów i muszę stanąć i zmieniać dętkę. Na szczęście wyjątkowo zabrałem ze sobą zapas i nawet pompkę pod auto! :-D Stoję w lesie ociekający potem, zjadany przez okoliczne zmutowane robactwo i o dziwo nikt mnie nie mija, nagle, z naprzeciwka wyłania się Gutek i pyta czy na pewno tędy jest trasa - jako, że nie miałem pewności to pogoniłem go żeby się wracał. Niestety moja magiczna pompka nie chce działać. Zrezygnowany i wkurwiony na maksa zacząłem więc wracać z buta licząc, że może uda się od kogoś wyżebrać pompkę, albo dętkę pod prestę. Po kilku minutach zza krzaków wyłania się Pat z koleżanką z OBSTA, niestety nie ma pompki pod auto, a o dętkę nie chciałem prosić, bo wiedziałem, że leci na 1 miejsce i w razie czego może jej być szybko potrzebna. Staję i znowu próbuję pompować swoją - jakimś cudem tym razem z powodzeniem. Nabijam ile się da i zaczynam jechać spokojnie do przodu, w sumie przekonany o tym, że i tak wszelkie możliwe miejsca mi przeleciały przed nosem. Po kilkunastu minutach dochodzę do Pat i bardzo kulturalnie instruuję ją jak jechać po głębokim piachu, dodatkowo motywując ją ściemą, że koleżanka z OBSTA siedzi jej już znowu prawie na kole :-P Usłyszałem tylko kilka wrzutów i nakaz jazdy już sobie, żeby nie wkurwiać dalej :-D no to pojechałem, a w sumie chciałem jej potowarzyszyć do końca i podopingować.. Jadąc na maksa spokojnie i kminiąc co będę robił w niedzielę zaczynam mijać kolejnych zawodników, szczególnie, że po wjeździe na pętle mam do czynienia z megałatwymi technicznie, ale za to dość długimi i stromymi hopkami. Kawałek dalej, na leśnej autostradzie dostrzegam w oddali czerwony punkcik, który wydał mi się Mikołajem. Podkręcam więc tempo i po jakimś czasie doganiam go. Na drugą pętlę wjeżdżamy już razem i do końca wyścigu jedziemy sobie na luzie rozmawiając. Na mecie czeka na nas już Kermit i Darek plus jeszcze kilka osób. Raczej nie nastawiając się na jakieś cuda czekam na koronację Darka i zmagam się z potwornym bólem głowy. Tymczasem podczas dekoracji wymienione zostaje moje nazwisko i okazuje się, że zająłem 3cie miejsce w mundurówce i 15 open. L-O-L chyba musiało nie być konkurencji, ale dobre i to :-PCo do samej trasy i organizacji:
-głównym rywalem był upał i wszędzie obecny kopny piasek
-teren z potencjałem na super imprezę, jeden zjazd na pętli dosłownie zajebisty, mocno telepiący, pełen wystających kamieni itp., normalnie ślr mi się przypomniał ;-) Do tego przejazd po "grani" w lesie - bajeczny i zapadający w pamięć
-trasa była dobrze oznaczona, może poza miejscem, gdzie zgubiłem się pierwszy raz, za drugim razem, to była wina mojej nieuwagi
-gastro na mecie eleganckie - jakaś zupa, domowa kiełba z grilla i pełno biedronkowych dodatków
-sympatyczni ludzie i świetna atmosfera.
Oby więcej takich ogórków! ;-)
Dane wyjazdu:
53.12 km
0.00 km teren
02:27 h
21.68 km/h:
Maks. pr.:45.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Merida Road Race 904
28.03.2012 Ogór MTB we Włodawie
Sobota, 28 kwietnia 2012 · dodano: 29.04.2012 | Komentarze 0
Co tu dużo pisać, organizator zagrał w jajko i trasę oznaczył tak, że jadąc na 2 msce w swojej kategorii gubiłem się z Kermitem i jakimś ziomkiem z 15 razy i ominęliśmy jakis punkt kontrolny.Rezultat: DSQ.
Refleksje:
Noga nie podaje, zapomniałem paska od pulsaka więc nie wiem jakie miałem tętno, ale jechałem w trupa cały "wyścig" i myślałem tylko o tym, żeby nie spłynąć z koła w swojej grupie. Cud, że podjazdów nie było bo bym chyba płuca wypluł. Trzeba się szlifować, bo coś kiepsko z formą, jedyne co, to że mam skuteczną wymówkę ;-)
Dane wyjazdu:
87.55 km
50.00 km teren
04:37 h
18.96 km/h:
Maks. pr.:61.00 km/h
Temperatura:
HR max:195 ( 98%)
HR avg:168 ( 84%)
Podjazdy: m
Kalorie: 3927 kcal
Rower:Maxim Helios
10.09.2011 Skandia Rzeszów
Sobota, 10 września 2011 · dodano: 11.09.2011 | Komentarze 0
A było to tak:w czwartek wieczorem dowiedziałem się, że jest opcja darmowego dojazdu do miasta wielkiej pipy na skandię. Szybka kalkulacja kosztów i info dla Dawida, że mogę zawinąć i jego i decyzja, że jedziemy. Na mieście zmiotło nas małe ciśnienie i nie zdążyłem się najeść, ostatecznie poratowały mnie dwie bułki z biedronki:-P Do ostatniej chwili zastanawiałem się nad wyborem dystansu, ale Dawid nakreślił grand fondo mniej więcej tak: "pierdolniemy to w 3-3,5h - płasko i szybko, dużo asfaltów,małe krótkie góreczki", więc stwierdziłem "kto jak nie my" i zakreśliłem ładnie najdłuższy dystans. Organizator miło nas zaskoczył i startowaliśmy jako pierwsi, zajęliśmy tylko jeden sektor. Stanąłem sobie grzecznie gdzieś z tyłu bo raczej spodziewałem się, że nie powalczę z koniami z JBG2 itd itp. No i jak się okazało moje spodziewanie się było bardzo trafne. Rozbieg o długości około 10km był poprowadzony w takim tempie, że gdzieś pod koniec strzeliłem pod górkę i zacząłem solo wycieczkę. Ogólnie od razu dostałem psychicznego doła, że tak chujowo, że nawet nie jestem w stanie się utrzymać na rozbiegówce, jedyna pozytywna rzecz, to to, że widziałem, że i Miszczuk się nie utrzymał, więc było kogo gonić. Jak już wjechałem w teren to zacząłem nadrabiać starty i wyprzedzać ludzi, którzy wypruli się na samym początku na tyle, że nie mieli już powera jechać dalej :-D Poziom trzymałem mniej więcej do końca pierwszej pętli - Miszczuk był w zasięgu wzroku, wyprzedzali mnie tylko ludzie z Medio, raz dojechała do mnie koleżanka z Krossa, ale dość szybko gdzieś się zgubiła. Po wlocie na drugą pętelkę totalnie mnie odcięło i jazda była już trudna. na 55km to już normalnie modliłem się o koniec, a podjazdy asfaltem po 17%(rzekomo nawet po 25) dawały tak po dupie, że ledwo wjeżdżałem na młynku. Ciągle za mną snuło się też dwóch gości z gf więc mimo wszystko starałem się dać z siebie wszystko. Po drodze wyprzedziła mnie koleżanka z Krossa i koleżanka z BSA, co jeszcze bardziej ubiło moje morale :-P + kolega Muchozol z epicko zakrwawioną nogą.
Do mety dojechałem 40/65 startujących i 10/19 w m2. Wynik uznaję za nienajgorszy, jako, że od dawna nie trzepałem już takich dystansów w terenie, a tymbardziej w tak ładnym i ciężkim w porównaniu z Lubelszczyzną.
Dane wyjazdu:
64.11 km
34.00 km teren
02:14 h
28.71 km/h:
Maks. pr.:41.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max:190 ( 95%)
HR avg:175 ( 88%)
Podjazdy:310 m
Kalorie: 3038 kcal
Rower:Maxim Helios
12.06.2011(II) ROWEROWE CROSS COUNTRY LUBARTÓW
Niedziela, 12 czerwca 2011 · dodano: 13.06.2011 | Komentarze 3
W niedzielę wybraliśmy się na kolejnego bardzo rasowego ogórka :-) Informacja o wyścigu nie była zbyt rozdmuchana, ale wiedziało o niej conajmniej kilka osób, które zapewne dały by mi mocno po dupie, na szczęście się nie stawiły(Karcer/Branio/Jazurek). Moimi głównymi oponentami byli więc sami dobrzy znajomi - Marek, Dawid, Przemo i Adam, którego obawiałem się najbardziej.Na miejscu bylismy sporo przed czasem, bez napinki zdążyliśmy się rozpakować, zarejestrować i zjeść, namówić Mietka żeby się z nami poganiał. Sędzia ani organizator za wczasu nie do końca sami znali trasę, do ostatniej chwili nie było wiadomo jaki dystans mamy do przejechania. Na stronie było napisane 6,5km, na dedukcję wygladało na to, że to odległość pokonywana w ramach jednego kółka, a było ich do zrobienia 10, czyli takie klasyczne XC to to chyba nie było. No ale nic, po coś żeśmy tutaj się zwlekli, więc jedziemy. Od początku było wiadomo, że raczej z autochtonów nikt nas nie pogoni, więc umawialiśmy się(haha) przed startem, że jedziemy bez darcia, razem, przynajmniej na początku, a potem jakoś się to rozegra. Wszystkie plany poszły w łeb, kiedy po gwizdku elhm wydarł tak do przodu, że wyprzedził pilota, a my z Adamem zaczęliśmy się zaginać, żeby go dogonić. Po kilku minutach udało się go skasować i dalej mieliśmy trzymać się we 3. Elhm krzyknął do mnie coś, żebym dał mu zmianę więc wyszedłem do przodu i widząc ciągle z tyłu(i chyba w myślach) Miecia który zaraz mnie przegoni dałem mocno do przodu. Na kole został tylko Adam. Po pierwszym i jedynym chyba podjeździe na trasie czaił się dość nieprzyjemny "zjazd" po bardzo grząskim piachu. Ja poleciałem po singlu i strasznie mnie wyhamowało, za to Adam pojechał środkiem i zrobił nade mną dobrych kilkanaście metrów przewagi. W tej konfiguracji skończyliśmy pierwsze koło.
NA drugim zaczęło się największe utrudnienie - wsadzanie dubli. Na trasie pojawiły się dzieci z rodzicami, ludzie z koszykami i na składakach(SUPER normalnie, fajna atmosfera byla!) i inne cuda(koleś na szosówce!). Adam krzyczał do nich standardowo "Lewa moja" a ja darłem ryja, że "Proszę mi zostawić miejsce z lewej" etc. co dało mi sporą przewagę i ładnie doszedłem do Adama. Mimo wszystko nie zamierzał odpuścić i na 3 kółku na asfalcie znowu zrobił trochę przewagi, już myślałem, że nie dam rady do niego dojść, a tu na wspominanym wcześniej piachu widze przed sobą i kilkoma wolniejszymi rowerzystami latające siodełko - Adam wyciął klina w piachu. No i od tego miejsca jak już dosiadłem jego koła tak stwierdziłem - nie puszczam, jadę na 150%, w najgorszym wypadku gdzieś się wystrzelam i dojadę zajechany na metę. Tuż za końcem kółka(odpocząłem sobie za Adamem) A. przypuszcza atak, który skutecznie przetrzymuję, staram się dać zmianę i trochę współpracować z Adasiem - tak przejeżdżamy 3 kółko. Na 4 czas wyjść na jakąś mocniejszą zmianę - daję ją w równym tempie i po jakimś czasie Adam jest już jakiś kawałek za mną - moja szansa, teraz albo nigdy, jazda na 100% pod górkę i zostaję sam. Z góry dalsza część ucieczki i bardzo piękne akrobatyczne OTB i lądowanie gębą w piachu<mniam>. Plecy bolą, ryj piecze, ale co tam, trzeba uciekać, więc otrzepałem się tylko i dzida :-)
Reszta to już generalnie wyścig z samym sobą i wiatrem. Dawałem ile mogłem, bo ciągle bałem się, że wypracowana przewaga jest za mała i w końcu dojdzie mnie Adam, a przez dublowanych zawodników ciężko było się połapać czy nie ma go gdzieś blisko.
Ostatecznie wpadłem 1szy na metę po przejechaniu 63km. Pomimo tego, że trasa nie była nawet trochę trudna, to same zawody(drugi dzień z rzędu) dały mi nieźle w kość, plecy bolą jeszcze dzisiaj, jak się okazało na mecie jestem też trochę poobdzierany, poza tym sam fakt zaginania się przez dobrze ponad 2h(kiedy w planach było max 1) też odbił się na poziomie zmęczenia.
Odnośnie organizacji - szkoda, że nie rozdzielono kategorii(znaczy start był podzielony, ale zróżnicowanie startujących było takie, że te duble to zakładałem na każdym okrążeniu poza 1szym, a dzieci jechały gdzieś do jakiegoś 7-8), było też trochę kłopotów z osobami pilnującymi trasy, poza tym bardzo fajnie, super klimat, może nie tyle na ściganie co na rodzinną imprezę, ciekawy folklor lokalny(jeszcze przed startem przewinął się nam jakiś nachlany gościu w kowbojskim kapeluszu z garem i chochlą krzycząc do kierowcy karetki żeby "nie pierdolił tylko wychodził się napić" :-D ). Do tego bardzo ładny puchar i plecak nagród(kask, licznik, rękawiczki), super posiłek regeneracyjny(szaszłyk, kiełbaska), którego można było się najeść do bólu.
Impreza in +. satysfakcja z objechania Adama - ogromna :-P
PS. Dzięki dla Ani, która zauwazyła i zaliczyła mi 5te kółko(uff, o mały włos znowu miałbym problemy z podium).

Dane wyjazdu:
75.25 km
65.00 km teren
05:12 h
14.47 km/h:
Maks. pr.:49.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max:191 ( 96%)
HR avg:167 ( 84%)
Podjazdy:1900 m
Kalorie: 6946 kcal
Rower:Maxim Helios
22.05.2011 ŚLR NOWINY
Niedziela, 22 maja 2011 · dodano: 22.05.2011 | Komentarze 0
Wyniki:W kategorii - 16/39(tylko 17 wjechanych w limit)
Open - 39/111(44 zostało po odstrzale na limicie)
Czas 5:20:42(8 minut zmarnowane na bufetach/rozciąganiu itp.)
Co by tutaj.. No zgubiłem bidon tym razem, z moją przykrywką od bidonu na szosę( :[ ).. Do tego zaginała mi się rurka od bukłaka do drugiego bufetu, gdzie dopiero zajarzyłem co jest nie tak i zacząłem normalnie pić.. Raz złapały mnie skurcze, pewnie z odwodnienia, ale udało się wsiąść na rower i rozruszać i już dalej jakoś się jechało. Organizator dał totalnie dupy mocno wyśrubowując limity(szczególnie że rzeczone wcześniej 7m błota zmieniło się w niezłe błotne odcinki poprzedniej nocy) i wielu zawodników nie wjechało w ogóle na dalszą część Mastera. Wieści powiadają, że na pierwszych 23km było do zrobienia aż 1000m przewyższenia, czyli ponad połowa tego co było na całym dystansie. Co do samej trasy - zajebista, zjazdy takie, że normalnie ciarki przebiegały po plecach, często sprowadzałem niestety(brakuje techniki, oj brakuje, ale gdzie tu u nas takie cuda poćwiczyć?).. Łykałem sporo ludzi na podjazdach, ale dawało to tylko tyle, że hamowałem ich na zjazdach później :-P Na 10km przed metą wydało mi się, że mignął mi za plecami elhm i to dodało mi sił, żeby mu uciekać, chociaż i tak sporo podejść z buta zaliczałem.
Podsumowując: maraton in plus, wynik, myślę, że zadowalający, a najbardziej cieszy to, że zdążyłem na limit i przejechałem całą trasę(domyślam się, że gdyby nie było limitu miałbym gorsze miejsce). Znowu zassałem sporo doświadczenia - zarówno w kwestii zjazdów jak i podjazdów po trudniejszym terenie(no może nie przesadzajmy, ale te kamyki, patyki i korzenie to trochę wkurzały, do tego długość tych górek - powalająca). No i dotarłem nowe klocki hamulcowe z tyłu w fałkach :-D
PS1. Bukłak Szymka normalnie uratował mi życie, DZIĘKI!
PS2. Podziękowania dla Bartka Anemii, fajnie śpiewał na trasie dodając nam obu(chyba) otuchy :-P
No i na koniec jakieś tam foto z Bartkiem:
Dane wyjazdu:
81.71 km
65.00 km teren
05:14 h
15.61 km/h:
Maks. pr.:57.00 km/h
Temperatura:14.0
HR max:189 ( 95%)
HR avg:165 ( 83%)
Podjazdy:1280 m
Kalorie: 6216 kcal
Rower:Maxim Helios
17.04.2011 ŚLR Daleszyce
Niedziela, 17 kwietnia 2011 · dodano: 18.04.2011 | Komentarze 1
1. Dupa z organizacją, start przesunięty o 2h.2. Jak już stałem na starcie to zauważyłem, że.. nie mam czipa na nodze, bo przez to przesunięcie byłem się doubierać i zapomniałem założyć.. No to miałem jeszcze "szlif" w rozgrzewce, jak dzidowałem do samochodu, na szczęście idealnie zdążyłem jeszcze wrócić i ustawić się na starcie w miejscu w którym byłem :-)
3.Od początku starałem się jechać umiarkowanie, żeby sił nie zabrakło, jak było to wiadomo. Siadłem w jakiejś grupce z dwoma mejdejami, pierwszy złapał gumę na tym kamienistym zjeździe na początku(ja zgubiłem tam 1/3 swojego picia), jechałęm więc cały czas za tym drugim(jak zamykam oczy to mnie ten znaczek mejdeja prześladuje normalnie).
4. Jeszcze przed rozjazdem Fan/Master zgubiłem dętkę, nie ma to jak trochę pikanterii :-D
5. Na rozjeździe byłem jakoś po ~48 minutach, wpadłem na mastera i zaczęła się rzeź, czułem, że będę miał skurcze, a miałem tylko 2 tabsy, no ale dobra, trzymałem się swojej grupki.
6. Po 30km zaczęły się skurcze trudne do rozkręcenia.. Sporo było złażenia z roweru bo "były tylko dwa miejsca, w których było błoto" ;-) no i często ktoś przede mną się rozkładał, z resztą sam też parę razy kogoś zablokowałem, najtrudniej było znowu wsiąść na rower. Wszamałem jednego tabsa i cośtam pomogło niby.
7. Po 45km(już po drugiej pigule) tak mnie już łapało, że schodziłem z roweru i się rozciągałem co jakiś większy podjazd.. Normalnie myślałem, że mnie pół stawki wyprzedzi chyba, ale zrobiło to może ze 2,3 osoby, moja grupka się porwała, ktośtam odpadł wcześ iej z urwanym łańcuchem, ktoś pognał do przodu, mejdej nie miał już siły jechać, ale dochodził do mnie za każdym razem jak się rozciągałem, spoko, przynajmniej było z kim pogadać przez chwilę.
8. Na czubku tego podjazdu po grani przepuściłem kogoś szybszego, tylko po to, żeby za kilkadziesiąt metrów zobaczyć, że urwał łańcuch, i.. miał piguły przeciwskurczowe :-D Z tego miejsca dziękuję koledze, jak by się dało, to ja bym Cię na rękach zaniósł do tej mety normalnie. Po wszamaniu podarowanego procha skurcze przeszły w to co było na początku.. Czułem, że mogą złapać, ale dało się jechać/wsiadać/zsiadać.
9. Drugi bufet. "Woda woda woda, dajcie coś co się nie lepi" :-) To był chyba ostatni raz jak widziałem mejdeja(w sumie to nie wiem czy ten bufet to był przed czy po tej grani :-D)
10. Do końca już jechało mi się "zdatnie" skurcze nie męczyły, bałem się tylko tej megawielkiej góry pod koniec dystansu której tam nie było, no były jaieś podjazdy, ale nie gorsze niż wcześniej..
11. Na ostatnich km minąłem jeszcze ze 2 os, musiałem uciekać, bo ktoś mnie zaczął doganiać z tyłu, dało radę. Ulga po wpadnięciu na asfalt nie do opisania.
12. Wrażenia z trasy - zajebiście. Ciężko, nogi bolą jeszcze dzisiaj, ale ogolnie zdecydowanie było warto. Trasa super oznaczona(może poza samą końcówką), baaardzo ciekawa i malownicza, boskie zjazdy(zszedłem z buta może z dwa razy po kawałku, przy czym raz, bo ktoś przede mną lazł), jeszcze fajniejsze podjazdy :-)
Wyniku nie znam, nawet nie wiem ile dokładnie jechałem, bo nie skasowałem licznika po rozgrzewce - przez ten bałagan z czipem. jestem bardzo zadowolony z tego, że udało mi się ukończyć :-)
BYŁO ZAJEBIŚCIE!
PS. Najniższe tętno jakie uzyskałem przez cały czas to 133, chyba na bufecie ;-)
Dane wyjazdu:
61.36 km
55.00 km teren
02:12 h
27.89 km/h:
Maks. pr.:41.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max:186 ( 93%)
HR avg:176 ( 88%)
Podjazdy: 50 m
Kalorie: 1793 kcal
Rower:Maxim Helios
29.05(Poland Bike Marathon Łuków)
Sobota, 29 maja 2010 · dodano: 29.05.2010 | Komentarze 4
Płasko jak na stole. Open jakoś 64/154. M2 28/51.Na początku dużo straciłem, bo wjechał we mnie koleś z Maydaya(tudzież ja w niego, pewnie wersje są podzielone :-P) Potem musiałem gonić elhma, który mi całkiem sporo odjechał. Po 25 km złapałem fajną grupkę(na plecach innego chłopaka z Maydaya), z którą jechałem jakoś do 40km, ale wyciąłem klina w niezłe błoto i mi uciekli. Na szczęście większość udało mi się dogonić i przegonić. 10km przed metą dogoniłem Grześka. Jeszcze na samym finiszu objechałem jednego Pana z Maydaya. Jechało się pięknie, noga podawała jak trzeba, rower dał radę, przydałby się tylko jakiś działający amor. Maraton w moim odczuciu prosty i przyjemny.



