Info:
Więcej o mnie.
Moje rowery:
Wykres roczny:
Historia:
- 2012, Sierpień17 - 3
- 2012, Lipiec19 - 0
- 2012, Czerwiec16 - 2
- 2012, Maj19 - 10
- 2012, Kwiecień16 - 1
- 2012, Marzec11 - 2
- 2012, Luty3 - 0
- 2012, Styczeń6 - 0
- 2011, Listopad10 - 3
- 2011, Październik8 - 0
- 2011, Wrzesień14 - 4
- 2011, Sierpień18 - 8
- 2011, Lipiec15 - 4
- 2011, Czerwiec22 - 8
- 2011, Maj24 - 13
- 2011, Kwiecień22 - 20
- 2011, Marzec22 - 15
- 2011, Luty3 - 5
- 2011, Styczeń8 - 7
- 2010, Grudzień5 - 0
- 2010, Listopad10 - 7
- 2010, Październik13 - 2
- 2010, Wrzesień16 - 7
- 2010, Sierpień13 - 1
- 2010, Lipiec39 - 2
- 2010, Czerwiec21 - 6
- 2010, Maj23 - 4
- 2010, Kwiecień21 - 2
- 2010, Marzec20 - 1
- 2010, Luty2 - 0
- 2010, Styczeń1 - 0
Jakiśtam licznik:
Dane wyjazdu:
64.11 km
34.00 km teren
02:14 h
28.71 km/h:
Maks. pr.:41.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max:190 ( 95%)
HR avg:175 ( 88%)
Podjazdy:310 m
Kalorie: 3038 kcal
Rower:Maxim Helios
12.06.2011(II) ROWEROWE CROSS COUNTRY LUBARTÓW
Niedziela, 12 czerwca 2011 · dodano: 13.06.2011 | Komentarze 3
W niedzielę wybraliśmy się na kolejnego bardzo rasowego ogórka :-) Informacja o wyścigu nie była zbyt rozdmuchana, ale wiedziało o niej conajmniej kilka osób, które zapewne dały by mi mocno po dupie, na szczęście się nie stawiły(Karcer/Branio/Jazurek). Moimi głównymi oponentami byli więc sami dobrzy znajomi - Marek, Dawid, Przemo i Adam, którego obawiałem się najbardziej.Na miejscu bylismy sporo przed czasem, bez napinki zdążyliśmy się rozpakować, zarejestrować i zjeść, namówić Mietka żeby się z nami poganiał. Sędzia ani organizator za wczasu nie do końca sami znali trasę, do ostatniej chwili nie było wiadomo jaki dystans mamy do przejechania. Na stronie było napisane 6,5km, na dedukcję wygladało na to, że to odległość pokonywana w ramach jednego kółka, a było ich do zrobienia 10, czyli takie klasyczne XC to to chyba nie było. No ale nic, po coś żeśmy tutaj się zwlekli, więc jedziemy. Od początku było wiadomo, że raczej z autochtonów nikt nas nie pogoni, więc umawialiśmy się(haha) przed startem, że jedziemy bez darcia, razem, przynajmniej na początku, a potem jakoś się to rozegra. Wszystkie plany poszły w łeb, kiedy po gwizdku elhm wydarł tak do przodu, że wyprzedził pilota, a my z Adamem zaczęliśmy się zaginać, żeby go dogonić. Po kilku minutach udało się go skasować i dalej mieliśmy trzymać się we 3. Elhm krzyknął do mnie coś, żebym dał mu zmianę więc wyszedłem do przodu i widząc ciągle z tyłu(i chyba w myślach) Miecia który zaraz mnie przegoni dałem mocno do przodu. Na kole został tylko Adam. Po pierwszym i jedynym chyba podjeździe na trasie czaił się dość nieprzyjemny "zjazd" po bardzo grząskim piachu. Ja poleciałem po singlu i strasznie mnie wyhamowało, za to Adam pojechał środkiem i zrobił nade mną dobrych kilkanaście metrów przewagi. W tej konfiguracji skończyliśmy pierwsze koło.
NA drugim zaczęło się największe utrudnienie - wsadzanie dubli. Na trasie pojawiły się dzieci z rodzicami, ludzie z koszykami i na składakach(SUPER normalnie, fajna atmosfera byla!) i inne cuda(koleś na szosówce!). Adam krzyczał do nich standardowo "Lewa moja" a ja darłem ryja, że "Proszę mi zostawić miejsce z lewej" etc. co dało mi sporą przewagę i ładnie doszedłem do Adama. Mimo wszystko nie zamierzał odpuścić i na 3 kółku na asfalcie znowu zrobił trochę przewagi, już myślałem, że nie dam rady do niego dojść, a tu na wspominanym wcześniej piachu widze przed sobą i kilkoma wolniejszymi rowerzystami latające siodełko - Adam wyciął klina w piachu. No i od tego miejsca jak już dosiadłem jego koła tak stwierdziłem - nie puszczam, jadę na 150%, w najgorszym wypadku gdzieś się wystrzelam i dojadę zajechany na metę. Tuż za końcem kółka(odpocząłem sobie za Adamem) A. przypuszcza atak, który skutecznie przetrzymuję, staram się dać zmianę i trochę współpracować z Adasiem - tak przejeżdżamy 3 kółko. Na 4 czas wyjść na jakąś mocniejszą zmianę - daję ją w równym tempie i po jakimś czasie Adam jest już jakiś kawałek za mną - moja szansa, teraz albo nigdy, jazda na 100% pod górkę i zostaję sam. Z góry dalsza część ucieczki i bardzo piękne akrobatyczne OTB i lądowanie gębą w piachu<mniam>. Plecy bolą, ryj piecze, ale co tam, trzeba uciekać, więc otrzepałem się tylko i dzida :-)
Reszta to już generalnie wyścig z samym sobą i wiatrem. Dawałem ile mogłem, bo ciągle bałem się, że wypracowana przewaga jest za mała i w końcu dojdzie mnie Adam, a przez dublowanych zawodników ciężko było się połapać czy nie ma go gdzieś blisko.
Ostatecznie wpadłem 1szy na metę po przejechaniu 63km. Pomimo tego, że trasa nie była nawet trochę trudna, to same zawody(drugi dzień z rzędu) dały mi nieźle w kość, plecy bolą jeszcze dzisiaj, jak się okazało na mecie jestem też trochę poobdzierany, poza tym sam fakt zaginania się przez dobrze ponad 2h(kiedy w planach było max 1) też odbił się na poziomie zmęczenia.
Odnośnie organizacji - szkoda, że nie rozdzielono kategorii(znaczy start był podzielony, ale zróżnicowanie startujących było takie, że te duble to zakładałem na każdym okrążeniu poza 1szym, a dzieci jechały gdzieś do jakiegoś 7-8), było też trochę kłopotów z osobami pilnującymi trasy, poza tym bardzo fajnie, super klimat, może nie tyle na ściganie co na rodzinną imprezę, ciekawy folklor lokalny(jeszcze przed startem przewinął się nam jakiś nachlany gościu w kowbojskim kapeluszu z garem i chochlą krzycząc do kierowcy karetki żeby "nie pierdolił tylko wychodził się napić" :-D ). Do tego bardzo ładny puchar i plecak nagród(kask, licznik, rękawiczki), super posiłek regeneracyjny(szaszłyk, kiełbaska), którego można było się najeść do bólu.
Impreza in +. satysfakcja z objechania Adama - ogromna :-P
PS. Dzięki dla Ani, która zauwazyła i zaliczyła mi 5te kółko(uff, o mały włos znowu miałbym problemy z podium).

Komentarze
feleklbn-removed | 20:34 poniedziałek, 13 czerwca 2011 | linkuj
No i zajęliście całe podium, a co dla miejscowych zostało? :P Niedługo będziesz miał ładną kolekcję
anodamian | 16:08 poniedziałek, 13 czerwca 2011 | linkuj
Gratuluje! Nawet nie wiedziałem, że taka impreza była w Lubartowie :P
Komentuj



